Biuro prasowe d*fusion communication
To jak to właściwie było z tym zepsutym Surfacem Sadka?

Case Study

To jak to właściwie było z tym zepsutym Surfacem Sadka?

Opublikowany

Pewnie słyszeliście. Michał Sadowski zepsuł Surface Pro 4. Wróć, jeszcze raz. Córka Michała Sadowskiego przez przypadek uszkodziła ekran w Surface. Trzymajmy się faktów.

Sadowski wysłał sprzęt do serwisu Microsoft, z prośbą o naprawę ekranu. Nie przejął się zbytnio upadkiem komputera. Gorzej zniósłby upadek kebaba mięsem do dołu. Za to jego córka posmutniała. „Jak to, mój komputer pójdzie na śmietnik?” Gdy serwis robił swoje, PR pisał list do Róży. Michał dostał Surface. Róża dostała list. Sadowski opublikował post i kawałek listu na Fejsie. Ot i cała historia. Cała?
Jak większość historii świata cyfrowego, tak i ta swój początek miała w messengerze. A przebiegała tak:

1.png
2.png
Serwis Microsoft postawił sprawę jasno: jeśli klient ma gwarancję, to albo wymieniamy mu sprzęt na nowy, albo o ile to możliwe -  naprawiamy ekran. Celowo napisałem „klient”, bo w serwisie nie wspominałem: „Ej! To ten Michał Sadowski, influencer z Dolnego Śląska, popularyzator kebabów, ukryta opcja turecka, guru wszystkich internetowych guru, władca monitoringu, król internetów i okolic”. Po co? I tak byłoby dla nich bez znaczenia, czy naprawiają Surface Pro 4 Michała Sadowskigo, królowej brytyjskiej czy Jana Kowalskiego. Jeśli klient ma rozszerzoną gwarancję, to jest po sprawie.

Klient (w tym wypadku niejaki Michał Sadowski) miał rozszerzoną gwarancję na sprzęt, więc Surface’a mógł mu nawet podeptać słoń, a serwis Microsoft i tak musiałby przyjąć sprzęt na wymianę. Nawet gdyby Sadowski nie był „influęserę”, to dura gwarancja sed gwarancja.
3.png
4.png
5.png
Jak powiedział, tak zrobił. Nazajutrz sprzęt trafił do serwisu Microsoft. Sadowski to słowny facet.

Gdzie kończy się customer service, a zaczyna influencer marketing – nie mi to rozstrzygać. Jeśli przebiega gdzieś granica, to chyba wirtualna, jak między Polską a Niemcami. Nigdy nie traktowałem Sadka jak influencera (sorry, mate!). Ktoś, kto go poznał osobiście doskonale wie, że Michał nie daje się tak traktować. To facet z wrodzoną pokorą, dystansem do siebie i autoironią, która stapia wszelkie bariery już przy pierwszym kontakcie. Na naszej pierwszej randce – jedliśmy kebaba. Na drugiej – jedliśmy kebaba. Na trzeciej – dokładnie. Mało zróżnicowana i zbalansowana dieta to jego jedyna wada. Nie sposób go nie lubić.

Skoro serwis Microsoft uwijał się jak w ukropie odwalając dobrą robotę, to pijarowiec też nie powinien odstawiać nogi. Nie może czekać, aż odda „influęserowi” wychuchany i naprawiony sprzęt. Pijarowiec to nie firma kurierska. Zwłaszcza, że…
55.png
Nie. Nie było możliwości naprawy starego. Ekran był roztrzaskany w drobny mak. Rozszerzona gwarancja jasno precyzuje ten wątek: jeśli nie da się naprawić sprzętu i doprowadzić go do stanu po zakupie – nabywcy należy się fabrycznie nowy egzemplarz. 
6.png
No więc tutaj się to wszystko zaczęło. To był impuls do napisania listu. Fast forward: mija 7 dni.
7.png
Przyszedł. Zgadnijcie, co zjedliśmy na naszej czwartej randce. Przy okazji dałem mu list w formie papierowej. Nawet popsikałem go jakimiś perfumami z wizerunkiem Barbie. Kupiłem je obok, w Leclercu. Odruch. Papeteria, passpartour, wiecie, te sprawy.
8.png
List do Róży był dla Róży. Michał zdecydował się zrobić ukłon w naszą stronę i upublicznić go na Fejsie. Dlaczego? Między jednym a drugim gryzem kebsa powiedział: „Bo jest fajny, przewiduję 1 000 lajków!”. Wspominałem już, że Michał to równy facet, który nie stawia żadnych barier? Nie? To wspominam.

Michał wkleił u siebie tylko kawałek listu. W oryginale historia dla Róży liczyła 7 stron tekstu, przeplatanego fotografiami z podróży Surface po całym globie. Całość znajdziecie tutaj, na Nowym Marketingu. Pamiętajcie: Róża ma 5 lat, więc nie oczekujcie tu copy rodem z dickensowskiego „Klubu Pickwicka”.

Reakcje na list były różne. Nie prosiłem Michała o pomiar sentymentu, bo wystarczyło rzucić okiem na Facebook reactions. Autentyczny list, pisany tylko z myślą o Róży, zapunktował również u internautów, którzy docenili… no właśnie. Autentyczność całej sytuacji.

„To taka piękna historia”, żeby zacytować Beatkę Kozidrak. Z uwagą przeczytałem chyba wszystkie komentarze pod postami Sadka. Odbiór całej akcji był przytłaczająco pozytywny. Oczywiście momentami nie dało się zapomnieć żyjemy w Polsce. A nasz Internet to bezkresna łąka, na której hasają hejterzy, trolle, gremliny, pseudo-eksperci, guru sołszal midjów wpatrzeni w lupę i analizujący akcję szczegół po szczególe, węszyciele sensacji, spiskowcy podważający szczerość zamiarów, tropiciele skserowania akcji z króliczkiem z hotelu Ritz, domorośli freudyści widzący wszędzie ukryte motywy biologiczne, pieniacze, malkontenci oraz mitomani. Ta różnorodność hejtu z jednej strony może bawić. Z drugiej jednak – trochę smuci. Bo wysyła komunikat do wszystkich strachliwych pijarowców: „Nie warto! Znajdziemy i zbesztamy Was!”.
Autor: Tomasz Lachowski

Udostępnij

Powiązane artykuły
LinkedIn po polsku, czyli stracona szansa na większą sprzedaż

temu

Wyniki badań „Social Selling po polsku – malowane trawniki czy realne narzędzie sprzedaży?”, przeprowadzonych przez d*fusion communication
Dobry brief, czyli co klient miał na myśli

temu

Choć często traktowany jako zbędna formalność, brief jest fundamentem owocnej współpracy pomiędzy klientem a agencją. Odpowiednie przygotowanie dokumentu, podobnie jak np. stworzenie wciągającej prezentacji, jest sztuką. Jak zatem przygotować dobry brief?
Panie Władku… kręta droga od papieru do cyfry

temu

„Panie Władku, niech Pan pobiegnie na magazyn i zliczy paczki” – to słowa dzisiaj wywołują uśmiech, ale kilka lat temu właśnie tak wyglądała analiza stanów magazynowych. Czy po wprowadzeniu rozwiązania informatycznego Pan Władek stracił pracę? W żadnym wypadku - wciąż biega z kartką między magazynem a gabinetem szefa. Dlaczego cyfrowe zmiany postępują tak wolno? Z badania Digital Helix wynika, że 84% podejść do transformacji cyfrowej kończy się niepowodzeniem. Przyczyny są prawie zawsze takie same: brak odpowiedniej komunikacji, operowanie półprawdami i luki kompetencji cyfrowych w organizacjach.
Ej! Aj! – czy AI aż tak boli?

temu

Tytułowe okrzyki to nic innego jak fonetyczny zapis skrótu AI (Artificial Intelligence), który w ciągu ostatnich miesięcy wychyla się niemal z każdego medium biznesowego i technologicznego. Obok fascynacji zjawiskiem sztucznej inteligencji gdzieś tam w tle czai się niepewność. Dlaczego? No bo czy ta sztuczna inteligencja nie okaże się lepsza od naszej własnej… Ups.
Na Twój adres e-mail została wysłana prośba o potwierdzenie subskrypcji.
Potwierdzając subskrypcję wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych w celu otrzymywania treści publikowanych w serwisie.